100-lecie praw wyborczych kobiet – 7 ważnych faktów

Obchodzimy dzisiaj 100-lecie niepodległości Polski. Rok 2018 to także ważna data dla kobiet i setna rocznica uzyskania (a właściwie wywalczenia) przez nie czynnych i biernych praw wyborczych. Poznajcie odpowiedzi na najważniejsze pytania związane z tym, jak ta walka o prawo do głosowania dla płci żeńskiej przebiegała.

1. Jak wyglądała sytuacja prawna, ekonomiczna, społeczna kobiet w Polsce (a właściwie w trzech zaborach) krótko przed wywalczeniem niepodległości? W jakich warunkach odbywała się walka kobiet o prawa wyborcze?

Sytuacja kobiet różniła się w zależności od zaboru, jednak zarówno Kodeks cywilny austriacki, kodeks cywilny niemiecki, jak i Kodeks Cywilny Królestwa Polskiego zgodnie stanowiły – żona winna jest mężowi posłuszeństwo. Przepisy nakazywały również, aby kobieta zamieszkiwała w tym samym miejscu, co jej mąż, wskazywały brak uprawnień żony do występowania w charakterze świadka przy sporządzaniu testamentu. Przy zawieraniu małżeństw uczucia obojga młodych należały do najmniej ważnych czynników, a mit Matki Polki tworzył się w najlepsze.

Zobaczcie świetny film o Polkach walczących o prawa kobiet, zrealizowany przez Feminotekę!

Kobiety nie miały też – do 1894 roku – wstępu na uczelnie. W Galicji zabroniono im działać w stowarzyszeniach politycznych.

„Sufrażystka” to wyraz, który pochodzi od łacińskiego „suffragium” – głos wyborczy.

2. Często powtarza się, że Polki uzyskały prawa wyborcze niejako „przy okazji” wywalczonej niepodległości. Tymczasem na rzecz uzyskania praw wyborczych one same działały już od XIX wieku. Kim były najbardziej aktywne polskie sufrażystki?

Polki, w przeciwieństwie do Europejek z Zachodu, działały nie tylko na rzecz praw kobiet, ale przede wszystkim – niepodległości. To „przede wszystkim” ma kluczowe znaczenie – kwestia kobieca często traktowana była przez publicystów, polityków jako drugorzędna wobec praw wyborczych kobiet.

Szkoda czasu na walkę o prawa kobiety, potrzebnego na walkę narodową” – cytowała takie głosy sufrażystka Maria Dulębianka. Ale „czy kobieta stoi na zewnątrz swojego narodu? – dopytywała.

Sama Dulębianka, która obecnie znana jest głównie poprzez pryzmat związku z Marią Konopnicką, jest jedną z bohaterek walki o prawa wyborcze kobiet. Ta wykształcona w Wiedniu i Paryżu malarka działała w powstałym w 1904 roku krakowskim Związku Kobiet – jednej z dwóch, obok założonego w 1907 roku w Warszawie Stowarzyszenia Równouprawnienia Kobiet Polskich – pierwszych organizacji sufrażystek.

Dulębianka

Maria Dulębianka, źródło: Wikipedia

Dulębianka pisała, organizowała kampanie i… kandydowała do Sejmu galicyjskiego na 10 lat przed tym, jak kobietom to umożliwiono.  Teoretycznie bowiem nikt kobietom kandydować nie zabraniał. Jak pisała w „Zorzy Ojczystej” jedna z pomysłodawczyń całej akcji:

Wzięłyśmy do ręki ustawę, która mówi o wyborach sejmowych i znalazłyśmy tam różne rzeczy. […] nigdzie nie jest powiedziane, że kobiety nie mogą być do Sejmu wybierane. Jest wyliczone, że nie mogą głosować ani być wybieranymi ci, którzy np. byli sądownie karani za jakieś występki, a o kobietach nie ma mowy. Widać, że ci, którzy tę ustawę pisali, ani nie pomyśleli, że kobiety mogłyby kiedyś upomnieć się o swoje prawa.

Maria Dulębianka uzyskała 511 męskich głosów, które potem unieważniono.

Podobne działania miały miejsce już wcześniej – w 1866 roku w zaborze austriackim oddawać głosy mógł każdy, kto mieszka w danej gminie co najmniej rok i płaci podatki. Oczywiście pod „tym każdym” krył się w domyśle „każdy mężczyzna”. Mieszkanki miasta Biała postanowiły jednak w 1896 roku ten zapis wykorzystać i zagłosować. Najwyższy Trybunał Państwa przyznał im rację, ale było to zwycięstwo pyrrusowe – uznano bowiem, że kobiety mogą zagłosować wyłącznie przez pośrednika-mężczyznę.

Walczące o prawa wyborcze Polki często podkreślały, że są i sufrażystkami, i patriotkami. Chciały wykorzystać niepodległościowe nastroje w walce o kobiety. Jak pisała już wiele lat po tych działaniach, bo w 1935 roku, Cecylia Walewska, która zarządzała Polskim Stowarzyszeniem Równouprawnienia Kobiet:

Idea wyzwolenia kobiety łączyła się tak ściśle z dążeniem do wyzwolenia narodu, z żarem najgłębszego patrjotyzmu, największych ofiar w imię dobra ojczyzny, z ciągłem niesieniem kaganka w podziemiach, że często, może najczęściej, hasła główne służyły jako płaszcz ochronny dla innych niedozwolonych. 

Być może nie byłoby uzyskanych już w 1918 praw wyborczych, gdyby nie Paulina Kuczalska-Reinschmit, nazywana przez wspomnianą wyżej Walewską, „pierwszą niezmordowaną rzeczniczką pełnych, bezkompromisowych praw kobiety”. Kuczalska-Reinschmit miała m. in. przydomek „Sterniczka”, a to dlatego, że założyła feministyczne czasopismo „Ster”, w którym poruszano kwestię praw kobiet. Publikowano i we Lwowie, i w Warszawie.

paulina-kuczalska-reinschmit-copy_napis

Paulina Kuczalska-Reinschmit na ilustracji wykonanej przez Malinę Mituniewicz dla Feminoteki

Ważną postacią polskiego ruchu sufrażystek jest także lekarka, inicjatorka Klubu Politycznego Postępowych Kobiet Justyna Budzińska-Tylicka. To ona stanęła na czele delegacji, która w 1918 roku pojechała do rezydującego w swojej willi w Sulejówku Piłsudskiego, by przedłożyć petycję Zjazdu Kobiet do Rady Regencyjnej. Organizacje kobiece systematycznie bowiem spotykały się, organizowały zjazdy, poświęcone kwestii praw kobiet.

W państwie prawdziwie demokratycznym, jakim stać się ma Polska, ograniczenie praw obywatelskich ze względu na płeć jest przeżytkiem i rażącą niesprawiedliwością, zwłaszcza wobec szeroko nakreślonego projektu przyszłej konstytucji. Projekt ten przyznaje prawo wyborcze każdemu obywatelowi, mającemu 25 lat, nie wykluczając nawet analfabetów, a pozbawia tego elementarnego prawa obywatelskiego najwykształceńsze, najzdolniejsze kobiety

– brzmiał fragment przedłożonego Piłsudskiemu dokumentu.

z24141358IH,Justyna-Budzinska-Tylicka--Wystawa---Nasze-bojowni

Justyna Budzińska-Tylicka – portret z wystawy „Nasze bojownice – 100-lecie praw wyborczych kobiet”, rysowała: Beata Sosnowska

Kobiet zaangażowanych w walkę o prawa wyborcze było więcej. Zofia Daszyńska-Golińska – ekonomistka i socjolożka – słynęła nie tylko z ciętego języka, ale i autorstwa publikacji poświęconych konieczności głosowania przez kobiety, m. in.: „Praw wyborczych kobiet” (tekst dostępny jest w całości w Internecie) czy „Głosu kobiet w kwestyi kobiecej”.

Warto wspomnieć, że również pisarki włączyły się w walkę o prawa wyborcze. Poparła je m. in. Zofia Nałkowska na Zjeździe Kobiet w 1907 roku, gdy miała zaledwie 23 lata. Przy okazji wywołała też niemałą konsternację, bo wykrzyknęła, że jako kobiety „chcemy całego życia!”, czyli uwolnienia od jedynie obowiązującej drogi do szczęścia poprzez macierzyństwo. A przecież panie mają też prawo do rozkoszy, radości z seksu. Oburzenie było tak wielkie, że nawet Dulębianka i Konopnicka opuściły miejsce obrad.

Przeciwko modelowi „kobiety egzaltowanej” śmiało wypowiadała się także właśnie Maria Konopnicka w redagowanym przez nią piśmie „Świt”, co skończyło się jego zamknięciem.

Geniuszem, intuicją, zrozumieniem potrzeb chwili pchnęła Orzeszkowa ruch kobiecy w ciągu doby o pół stulecia naprzód, ale „naszą bojownicą” jeszcze być nie chciała

– mówiła o autorce „Nad Niemnem” Cecylia Walewska. Orzeszkowa podkreślała, że praca i wynikająca z niej możliwość samodzielnego utrzymywania się, a także wykształcenie, są dla kobiet tak samo ważne, jak dla mężczyzn. Pisała o tym m. in. w znanej głównie studentkom i studentom polonistyki, a także feministkom, powieści „Marta”. Twórczyni obawiała się jednak, że podnoszenie kwestii praw wyborczych kobiet może zaszkodzić walce o niepodległość.

Cecylia_Walewska

Cecylia Walewska, źródło: Wikipedia

3. Czy mężczyźni również angażowali się w walkę o prawa wyborcze kobiet?

Odpowiedź brzmi: część z nich tak. Wielkie wsparcie dla tej idei okazał Leon Petrażycki, socjolog i filozof, który w 1906 roku przekonywał w rosyjskiej Dumie: „Równość ludzi i poczucie sprawiedliwości wymaga równouprawnienia kobiet. Ci co tego nie rozumieją, potrzebują wychowania, a nie dowodów”. Dodał też, że w interesie państwa leży przyznanie kobietom praw wyborczych.

O te upominał się również Aleksander Świętochowski, który podkreślał też wagę wykształcenia wśród pań i to, że w żaden sposób nie demoralizuje ono przedstawicielek płci żeńskiej.

We Lwowie powstała nawet Liga Mężczyzn do Obrony Praw Kobiet, której przewodniczył Bronisław Pawlewski, profesor chemii, rektor politechniki, a prywatnie mąż sufrażystki.

zofia daszyńska

Zofia Daszyńska, źródło: lewicowo.pl

4. Czy walka o niepodległość sprzyjała politycznemu zaangażowaniu kobiet, w tym także walce o prawa wyborcze? Czy I wojna światowa i większa, z powodu udziału mężczyzn w walkach, aktywność zawodowa, a co za tym idzie – niezależność finansowa kobiet – również miały swój udział w uzyskaniu przez nie praw wyborczych?

W 1918 roku prawa wyborcze uzyskały Austriaczki, Litwinki, Niemki, Mołdawianki, Armenki, Azerbejdżanki i Brytyjki (wśród tych ostatnich wyłącznie panie posiadające nieruchomości i mające ponad 30 lat, pełne prawa wyborcze przyznano kobietom na Wyspach w 1928 roku).

Czy ta ogólnoświatowa tendencja i specyficzna sytuacja walki o niepodległość przyczyniły się do tego, że i Polki w końcu mogły głosować? Przecież już nierzadko, właśnie w sytuacjach kryzysowych – gdy mężczyzn po prostu zabrakło, np. po powstaniach – kobiety przejmowały stery we własne ręce i świetnie radziły sobie z zarządzaniem domem, jego budżetem. U progu XX wieku powoli zaczęto im otwierać drzwi na uczelnie wyższe, zaczynały być aktywne zawodowo.

kazimiera bujwidowa

Kazimiera Bujwidowa, która działała na rzecz dostępu kobiet do edukacji wyższej, źródło: eunless-women.eu

Jak pisała jeszcze w 1903 roku Paulina Kuczalska-Reinschmit:

Wszystkie okresy bujniejszego rozkwitu społeczeństw lub poważnych wstrząśnień dziejowych wprowadzają na widownię i kobietę. Bierna niewolnica bierze zawsze czynny współudział w przewrotach chwili, gdy znowu usuwa ją do zacisza domowego nadejście ery porządku, tj. osiąganie korzyści ze wspólnie dokonanego dzieła.

Działaczki już na kilkanaście lat przed rokiem 1918 miały więc nadzieję, że dążenia niepodległościowe pomogą kobietom z sukcesem zakończyć ich walkę o prawa wyborcze. Sytuacja polityczna mogła być jednym z czynników sufrażystkom sprzyjających, z całą pewnością należy podkreślić, że nie byłoby praw wyborczych kobiet w Polsce, gdyby nie o to nieustanne starania, nagłaśnianie konieczności ich przyznania już na 20 lat przed ich rzeczywistym wywalczeniem.

5. Jaki stosunek do praw wyborczych kobiet miał Piłsudski i jaki wpływ na osiągnięcie celu miało jego spotkanie z sufrażystkami w willi w Sulejówku?

„Mentalność kobiety z natury jest konserwatywna i łatwo jest na nią wpływać” – mawiał Marszałek. Uważał, że jeśli przyzna się kobietom prawa wyborcze, nie będą potrafiły unieść tej odpowiedzialności.

Być może dlatego też niechętnie przyjął delegację sufrażystek pod dowództwem Justyny Budzińskiej-Tylickiej w swojej willi w Sulejówku, jesienią 1918 roku. Panie, stojąc na mrozie, parasolkami stukały w okna, by w końcu zostały wpuszczone. Tak też się stało, choć Piłsudski żartował, czy będą chciały w Sejmie uchwalić alkoholową prohibicję.
Warto dodać, że zwolenniczką przyznania kobietom praw wyborczych była Aleksandra Piłsudska, żona marszałka, sama się nazywająca „zaciętą feministką” i „modelowym przykładem emancypantki”.

piłsudska 2

Aleksandra Piłsudska – źródło: muzeumpilsudskiego.blog.pl

Polki dopięły swego, Piłsudski dał się przekonać i kilkanaście dni później obywatelki kraju nad Wisłą uzyskały prawa wyborcze.

6. Kiedy dokładnie Polki uzyskały prawa wyborcze?

Na mocy „Dekretu o ordynacji wyborczej do Sejmu Ustawodawczego” Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego z 28 listopada 1918 roku postanowiono, że, jak głosił pierwszy artykuł dokumentu, „wyborcą do Sejmu jest każdy obywatel Państwa, bez różnicy płci, który do dnia ogłoszenia wyborów ukończył 21 lat”.

7. Czy Polki chętnie wzięły udział w głosowaniu? Czy zostały wybrane do Sejmu?

W pierwszych wyborach do Sejmu, w których mogły brać udział kobiety, na 442 posłów wybrano 8 posłanek. Były to:

  • Gabriela Balicka ze Związku Sejmowego Ludowo-Narodowego;
  • Irena Kosmowska z Polskiego Stronnictwa Ludowego „Wyzwolenie”;
  • Maria Moczydłowska z Narodowego Zjednoczenia Ludowego;
  • Zofia Moraczewska ze Związku Polskich Posłów Socjalistów;
  • Zofia Sokolnicka z Narodowej Demokracji;
  • Franciszka Wilczkowiakowa z Narodowego Związku Robotniczego;
  • Anna Piasecka, Polskie Stronnictwo Ludowe „Piast”.

Kobiety podczas kadencji Sejmu 1919-1922 stanowiły 2% posłów, frekwencja wśród pań podczas pierwszych wyborów w wolnej Polsce 26 stycznia 1919 roku, w zależności od regionu, wynosiła od 60 do 90%. Np. w Pabianicach zagłosowało aż 88% mieszkanek tego miasta.

kobieta w sejmie

Pismo Komitetu Wyborczego Kobiet Postępowych, źródło: kongreskobiet.pl

Na zdjęciu głównym widzimy pierwsze kandydatki do Sejmu i Senatu, przedstawione przez jedną z gazet – źródło: sejm.gov.pl

 

5 książek, które przyprawią Cię o dreszczyk grrrozy

Nie ma w nich żadnych makabrycznych zbrodni, rozkładających się trupów czy dziwnych straszydeł, ale przez całą lekturę utrzymują czytelnika w napięciu. Poznajcie 5 mrożących krew w żyłach książek – nie tylko na Halloween!

   1. Yrsa Sigurðardóttir, „Statek śmierci”

yrsa

Powieści rodem ze Skandynawii od 10 lat cieszą się dużą popularnością. Dokładnie od momentu, kiedy swoją premierę mieli „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” Steiga Larssona. Niestety, nie zawsze jednak za tą popularnością idzie wysoka jakość danego dzieła, ale powieści Yrsy Sigurðardóttir dzielnie bronią honoru skandynawskiej literatury spod znaku kryminału i thrillera.

Moim zdaniem trudno o współczesnego pisarza, którego dzieła byłyby bardziej przyprawiające o gęsią skórkę niż te autorki z Północy. Wszystko dzieje się w końcu na Islandii – na ogromnych, odludnych, pełnych śniegu i mrozu terenach.

W „Statku śmierci”, podobnie jak w większości utworów Sigurðardóttir, do akcji wkracza Thora Gudmundsdottir – prawniczka, rozwódka, mama dwójki dzieci, twarda, a jednocześnie ciepła babka. Tym razem zajmuje się sprawą jachtu, który rozbił się przy Reykjaviku. Na jego pokładzie nie ma ani załogi, ani czteroosobowej rodziny nim płynącej… Co się działo w czasie rejsu i gdzie się oni wszyscy podziali? Odpowiedź będzie przerażająca, ale i konkretna – u islandzkiej pisarki, poza jednym kryminałem, żadne tam duchy nie występują – zbrodnie są wyjaśnione racjonalnie.

Niełatwo było mi wybrać tylko jedną z książek Sigurðardóttir, bo one wszystkie są pełne posępnej atmosfery i podnoszą ciśnienie. Jeśli kiedyś polecę na Islandię, to przez tę będę się bała wyściubić nosa poza Reykjavik.

    2. Daphne du Maurier, „Nie oglądaj się teraz”

nie-ogladaj-sie-teraz-w-iext38774196

Daphne de Maurier to pisarka, która zasłynęła „Rebeką” – powieścią przeniesioną na srebrny ekran przez Alfreda Hitchcocka. Skoro sam mistrz filmów grozy sięgnął po tę lekturę, to znaczy, że po twórczości du Maurier możemy się spodziewać wszystkiego najstraszniejszego.

Tak też jest w przypadku innej książki angielskiej pisarki – „Nie oglądaj się teraz”, też zresztą sfilmowanej. Jej dwoje głównych bohaterów – małżeństwo po stracie córeczki, przeprowadza się do Wenecji, ponieważ jedno z nich, a konkretnie mąż, dostało tam pracę.

Na swojej drodze John i Laura spotykają dwie starsze panie, z których jedna twierdzi, że jest medium, mającym kontakt z ich córeczką, chcącą ich przed czymś ostrzec. Kobieta ma również różne wizje z małżonkami związane. Laura jej wierzy, John – nie, jednak sam, wbrew własnej woli i uparcie chcąc trwać przy swojej racjonalności, zaczyna dostrzegać dziwne zjawiska.

Atmosfera zaniepokojenia towarzyszy czytelnikowi przez całą lekturę, tak jak chęć wypatrzenia w końcu tego czającego się w tle zła.

   3. Sophie Hannah, „Zabójcze marzenia”

zabójcze marzenia

Sophie Hannah jest mistrzynią thrillera psychologicznego. Jej książki są (przynajmniej dla mnie) zupełnie nieprzewidywalne. Główna bohaterka (zazwyczaj jest nią kobieta, choć niemal zawsze towarzyszy jej dwójka policjantów płci różnych) raz wydaje się zdrowo „walnięta”, innym razem sprawia wrażenie niewinnej ofiary, a czasem można by ją posądzać o maczanie palców w zbrodni.

Krew, broń, przemoc – tego u Sophie Hannah niemal nie ma, wszystko kręci się wokół ludzkiej psychiki. W „Zabójczych marzeniach” zaczyna się od tego, że kobieta, która bardzo chciała kupić pewien dom, nie mogła przestać oglądać go w internecie nawet w nocy. W pewnej chwili zobaczyła w jednym z pomieszczeń ciało całe we krwi (no dobrze, trochę tej krwi jednak jest), jednak gdy zawołała męża, by też to zobaczył, pokój wyglądał jak przed chwilą wyczyszczony… Co z tego wyniknie? Dla czytającej osoby na pewno ciąg niespodzianek.

Sophie Hannah została też namaszczona przez rodzinę Agathy Christie do pisania kontynuacji jej powieści. Pisarka kreuje więc na nowo przygody Herkulesa Poirot i one też są świetne. Bardzo w stylu oryginału. Rzadko się zdarza, by takie pomysły z kontynuacjami okazywały się szczęśliwe, ale w tym przypadku moim zdaniem tak jest.

   4. Jo Nesbø, „Łowcy głów”

lowcy-glow-b-iext43174603

Norweski pisarz zasłynął serią książek o komisarzu Harrym Hole’u, jednak ma na swoim koncie również utwory dla dzieci (podobnie jak Yrsa Sigurðardóttir) i właśnie „Łowców głów”. Książkę,w której jest zdecydowanie najwięcej przemocy ze wszystkich wymienionych, ale nadal nie ona stanowi główną oś historii.

Nesbø stworzył Rogera Brawna – headhuntera, dorabiającego sobie jako złodziej dzieł sztuki – a to po to, by z ukochaną i bardzo atrakcyjną żoną żyć w luksusowych warunkach. Wszystko idzie dobrze, dopóki Brawn nie postanawia okraść niewłaściwego człowieka. Powiedzieć, że jego życie zachwieje się w posadach, to mało – czy to, jak żył do tej pory, było tylko fasadą i pełnił rolę aktora w czyimś przedstawieniu? Komu może zaufać, i co jeszcze go (i czytelnika) zaskoczy?

Akcja „Łowców głów” jest zdecydowanie wartka i dopracowana w każdym szczególe – wszystkie niejasności, zagadki, które się w trakcie lektury namnożyły, pod koniec zostają wyjaśnione.

Na podstawie książki powstał świetny film, ale jak to z filmami na podstawie książek bywa, nie jest tak dobry jak literacki pierwowzór.

   5. Agatha Christie, „I nie było już nikogo”

agatha christie

Zdaję sobie sprawę, że każda osoba czytająca kryminały pewnie lekturę tej książki ma już za sobą, ale nie mogło jej zabraknąć w zestawieniu. W większości powieści słynnej pani Christie to nie niepokojąca atmosfera jest najważniejsza, a sam sposób dochodzenia przez Herkulesa Poirot czy pannę Marple do rozwiązania zagadki. Czytelnicza obserwacja, jak pracują ich szare komórki, jak zachowywali się konkretni bohaterzy, co motywowało ich działania.

Za to „I nie było już nikogo” to jedna wielka groza. Dziesięć osób dostaje zaproszenie na odizolowaną od reszty świata wyspę. To, co początkowo mieli za cudowną niespodziankę od losu, staje się miejscem, w którym stracą życie. Gdy kolejne osoby giną zgodnie ze słowami dziecięcej rymowanki, (jeszcze) ocalali próbują znaleźć wśród siebie mordercę. Tak naprawdę nikt nie ma alibi, a od dusznej i zabójczej atmosfery domu na odludziu nie sposób uciec…

Najpiękniejsze księgarnie w Europie (na wschód od Polski)

Księgarnia w Porto posłużyła podobno J. K. Rowling jako inspiracja do wykreowania świata Hogwartu, paryska Shakespeare & Sons zyskała sobie miano księgarni „legendarnej”, a El Ateneo w Buenos Aires to ważny punkt na liście tych, które każdy mól książkowy powinien zobaczyć przed śmiercią. A co z księgarniami mniej znanymi, tymi bliższymi Polsce geograficznie?

O nich nie mówi się tak często (no, może poza jedną), dlatego postanowiłam zrobić research – przepytać znajomych, przypomnieć sobie własne podróże i przedrzeć się przez niezmierzone zasoby internetu. Nie brałam pod uwagę żadnej księgarni z Polski, bo o nich można by stworzyć osobny artykuł. Skupiłam się na tych położonych na wschód od naszych granic.

W zestawieniu jest nawet jedna księgarnia z Gruzji. Klasyfikacja położenia geograficznego tego kraju zależy od interpretatorów – według jednych to Europa Południowa lub Europa Wschodnia, według innych – Azja, według jeszcze kolejnych – Eurazja. Musiałam jednak dokonać jakiegoś podziału, a zależało mi na pokazaniu księgarni „nieoczywistych”, dlatego i Gruzja znalazła się w tym zestawieniu.

Niestety, okazało się, że wiele polecanych jeszcze 2 lata temu miejsc dziś już nie istnieje, mimo że nosiły miano „kultowych” i takich, w których każdy miłośnik i każda miłośniczka książek znajdzie przytulny kąt do czytania. Na szczęście część z nich cały czas jest na rynku, a nawet rozwija się – zobaczcie 5 najpiękniejszych księgarni na wschód od Polski, do których warto zajrzeć!

1. Cărtureşti Carusel, Bukareszt

cosmindragomir.info

Autorem tego i innych zdjęć księgarni jest Cosmin Dragomir – zdjęcia ze strony http://carturesticarusel.ro/

Na pierwszy rzut oka chyba nikt by się nie spodziewał, że „Karuzela Światła” to księgarnia znajdująca się w Bukareszcie. Prędzej można by ją podejrzewać o to, że zdobi Wiedeń czy Paryż. Te ogromne i jasne przestrzenie, pełne wytworności i elegancji! W jednym z artykułów we „Wprost” napisano, że patrząc na tę księgarnię „aż chce się zacząć czytać”. Mam jednak nadzieję, że to miejsce odwiedzają (też) osoby, które jednak przygody z czytaniem zaczynać nie muszą, bo już od dawna ją przeżywają i dla nich to miejsce to istne niebo na ziemi. Nic dziwnego, że tak naprawdę „Karuzela Światła” jako jedyna z Europy Środkowo-Wschodniej często pojawia się w różnych rankingach „najpiękniejszych księgarni świata”.

cartu 2

Cărtureşti Carusel powstała w zabytkowym (z XIX wieku), ale niszczejącym budynku po dawnym banku. Dopiero trwająca kilka lat modernizacja według projektu architektów z rumuńskiej pracowni Square One pozwoliła wrócić budynkowi do życia – i to pełną parą. Wykorzystano piękną konstrukcję starego zabytku, w którym stworzono nowoczesne wnętrze.

cartu 3

Księgarnię otwarto w 2015 roku – można wybierać spośród 10 000 książek (część z nich jest wydana po angielsku) i ponad 5 tysięcy płyt z muzyką i filmami. Dla spragnionych jeszcze większej dawki kultury jest także galeria sztuki, a dla spragnionych dosłownie – bistro na ostatnim piętrze.

Nie wiem jak Wy, ale ja właśnie znalazłam kolejne miejsce, które muszę odwiedzić w najbliższym czasie!

cosmindragomir.info

2. Księgarnia Littera, Wilno

litera

Zdjęcie z TripWolf

Uniwersytet Wileński należy do jednych z najstarszych w Europie – powstał w 1579 roku. Obchodom 400-lecia uczelni w 1979 roku towarzyszyło wiele inicjatyw artystycznych. Jedną z nich było pokrycie sufitu uczelnianej księgarni – Littery – freskami. Wyzwania tego podjął się malarz, grafik i rzeźbiarz Antanas Kmieliauskas.

litera 2

Zdjęcie (to i poniżej): LadyLegalWriter

Na freskach podziwiać możemy sceny, mające obrazować konkretne dziedziny nauki, m. in.: astronomię, medycynę, nauki przyrodnicze, sztukę. Chodziło o to, by oddać ducha przeszłości uniwersytetu i chyba się to udało – księgarnia na zdjęciach sprawia wrażenie miejsca „z duszą”.

litera 3

Osoby, które ją odwiedziły piszą, że choć urocza, to raczej mała, a freski według jednych sprawiają, że można się poczuć klaustrofobicznie, inni twierdzą, że dodają Litterze przestrzeni. Niestety, nie dane mi jeszcze było odwiedzić tej księgarni, ale przy okazji polecam wizytę w bibliotece Uniwersytetu Wileńskiego. Dostępne są wycieczki po polsku, ja jednak się na taką nie załapałam – za mało było chętnych. Przydzielono mnie do grupy belgijskich emerytów, a przewodniczka, już po zwiedzaniu, we własnym wolnym czasie dodatkowo pokazała mi miejsca szczególnie związane z Polską (a jest ich tam niemało).

litera 4

Zdjęcie: Otago Daily Times

3. Mr Page, Ryga

mr page

Wszystkie zdjęcia ksiegarni z liveriga.com

Mr Page z Rygi to księgarnia bardziej kameralna niż dwie poprzednio wymienione. Powstała z inicjatywy trojga przyjaciół – Zany Struberga, Alisy Avota i Gvido Klaussa. Księgarze przez 3 lata wybierali książki, magazyny, które będzie można u nich przeczytać, kupić. Skupili się głównie na wydawnictwach o popkulturze, lifestyle’u, ale także na tych utworach utalentowanych pisarzy zagranicznych, które są trudno dostępne na Łotwie. W Mr Page pełno również książek dla dzieci.

mr page 2

Klienci Mr Page mogą spokojnie przejrzeć i przeczytać każdą książkę przed zakupem. Publikacje są dostępne tylko w kilku egzemplarzach, bo, jak mówią właściciele księgarni, „to książka wybiera czytelnika, nie inaczej. Jesteśmy szczęśliwi, że możemy być w tej relacji swatką”. Z tego też powodu oferta księgarni szybko się zmienia.

mister 3

Mr Page organizuje wydarzenia dla czytelniczej społeczności: można pograć w Scrabble, wziąć udział w wieczorze poetyckim, przyprowadzić na spotkanie dzieci. Księgarnia ma świetny profil na Instagramie – umieszcza tam zdjęcia swoich klientów, z książką, która ich wybrała.

mister 4

4. Globe, Praga

Globe jest pierwszą anglojęzyczną księgarnią w Pradze. To też centrum spotkań ekspatów, których zawodowe poczynania są związane z literaturą. Można więc tu spotkać pisarzy, tłumaczy, redaktorów, ale i studentów czy skuszonych dobrymi opiniami o Globe turystów-czytelników.

globe 2

Źródło: hkaci.org.hk

Kalendarz wydarzeń dostępny na stronie księgarni pęka w szwach, oprócz tych czytelniczych można obecnie zobaczyć wystawę dwóch artystów z Polski: Andrzeja Umiastowskiego i Romana Zakrzewskiego, a także twórcy z Ukrainy – Alexeya Fedorenko. Globe nierzadko odwiedzają pisarze z całego świata, ostatnio m. in. Margaret Atwood.

Praskiej księgarni towarzyszą bar i restauracja, gdzie można się posilić po czytelniczym polowaniu.

globe 4

5. Santa Esperanza, Tbilisi

santa

Źródło (zdjęcie to i poniżej): yourspace.ge 

Santa Esperanza powstała w 2005 roku w Tbilisi – to „dziecko” Wydawnictwa Sulakauri. Jego prezeska, Tina Mamulashvili, jest również inicjatorką Tbilisi Book & Music Festival, gromadzącego takie tłumy, jak odbywające się w różnych miastach Polski targi książki. Księgarnia wzięła swoją nazwę od tytułu powieści Aki Morchiladze, jednego z najbardziej uznanych gruzińskich pisarzy.

santa 2

Księgarnia znajduje się przy zabytkowej i kilka lat temu odnowionej Agmashenebeli Avenue w centrum gruzińskiej stolicy. Choć właściwie jest to pierwsza z księgarń – kolejne otwierane są w innych gruzińskich miastach.

santa 4

W Santa Esperanza można kupić nie tylko utwory rodzimych twórców, ale i tytuły z największych wydawnictw na świecie. W księgarni organizowane są wydarzenia czytelnicze, ponoć największą popularnością cieszy się całonocne czytanie w Halloween – impreza skierowana do dzieci.

No, to by było na tyle 🙂 Jakie księgarnie dodalibyście do tego zestawienia?

Polish your English, czyli 5 książek, które warto przeczytać po angielsku (i które nie ukazały po polsku)

Kończy się październik – uczniowie już dawno zdążyli powrócić do szkół, ba!, nawet studenci zawitali w akademickie progi – czyż to nie doskonała okazja, by samemu i samej trochę się podszkolić językowo? 😉 Moim zdaniem jak najbardziej!

Dlatego też przygotowałam zestawienie 5 książek wydanych po angielsku, których nie ma (jeszcze) w polskiej wersji językowej, a które zdecydowanie warto przeczytać. Wśród książek jest zarówno powieść drogi, jak i współczesna adaptacja „Iliady”, ale także relaksujące, poprawiające humor i moim zdaniem całkiem niegłupie tzw. lekkie książki.

Powieści zostały dobrane tak, że każda osoba, która uczyła się angielskiego w liceum i na studiach i nie najgorzej jej szło, a dzisiaj raczej bez problemu czyta lifestyle’owe artykuły w tym języku, spokojnie poradzi sobie z ich lekturą. Ja dałam radę, a kontakt z angielskim mam teraz raczej incydentalny. Myślę, że książki te będą idealne dla osób, których poziom znajomości „lengłidżu” to solidne B. Przy każdym z utworów dodaję małe ich fragmenty, byście mogli i mogły sprawdzić, jak Wam się podoba.

  1. Hannah Tinti, The twelve lives of Samuel Hawleytwelve lives

Samuel Hawley to stary przestępczy wyjadacz, facet, który na swoim koncie ma niemało zatargów z prawem, a na ciele – ślady po 12 pociskach, opowiadających jego niełatwą historię. Hawley samotnie wychowuje córkę – Loo, równie niepokorną, równie silną jak on. Przez niełatwą przeszłość Samuela oboje muszą żyć w drodze, uciekając z miejsca na miejsce. I oboje świetnie potrafią posługiwać się bronią.

„The twelve lives of Samuel Hawley” to opowieść o relacji między ojcem a córką, o tym jak ojcostwo odkrywa w brutalnym i otoczonym twardą skorupą facecie zdolność do poświęcenia, delikatność. Towarzyszy mu niepewność, czy jest dla córki wystarczająco dobry, gdy ta nie wyobraża sobie życia z kimś innym. No, może jest się w stanie wyprowadzić na trochę do babci.

„The twelve lives of Samuel Hawley” to książka, w której ciepło przeplata się z brutalnością, nic więc dziwnego, że „The Washington Post” nazwał ją „thrillerem z sercem”.

Dlaczego i przed czym uciekają Samuel i Loo? Co się stało z jego żoną i jej mamą? No i czy to wszystko może skończyć się dobrze? Sprawdźcie!

Lektura tej książki, pod względem językowym, była zdecydowanie najłatwiejszą ze wszystkich zawartych w tym zestawieniu. Na potwierdzenie fragment:

When Loo was twelve years old her father taught her how to shoot a gun. He had a case full of them in his room, others hidden in boxes around the house. Loo had seen them at night, when he took the guns apart and cleaned them at the kitchen table, oiling and polishing and brushing for hours.

She was forbidden to touch them and so she watched from a distance, learning what she could about their secrets, until the day when she blew out birthday candles on twelve chocolate Ring Dings, arranged on a plate in the shape of a star, and Hawley opened the wooden chest in their living room and put the gift she had been waiting for—­her grandfather’s rifle—­into her arms.

  1. Abi Andrews, The Word for Woman is Wildernessthe word for woman

Obstawiam, że ta książka już niedługo będzie dostępna w polskiej wersji. W końcu mamy wielki literacki boom na wszystkie pozycje związane z girl power, women empowerment i historią kobiet – mnie to jak najbardziej cieszy.

Książkę, która przyciągnęła mnie samym swoim pełnym mocy tytułem, napisała zaledwie 27-letnia autorka. Bohaterka „The Word…” jest jeszcze młodsza – to dziewiętnastolatka, Erin. Fanka Beara Gryllsa, która wkurza się, że tych zapierających dech w piersiach przygód rodem z jego programów najczęściej doświadczają mężczyźni.

Wyrusza więc z Anglii w podróż na Alaskę, przez Islandię, Grenlandię, Kanadę. To oczywiście nie tylko wyprawa w sensie geograficznym, ale i wewnątrz siebie, a także – przez ważne wydarzenia w historii. To opowieść o kobiecości, w którą wkracza główna bohaterka. Kobiecości pojmowanej zupełnie inaczej niż ta stereotypowa.

Główna bohaterka i zadziwia, i momentami irytuje – bywa przemądrzała, ale i nie sposób się oderwać od jej historii. Nawet jeśli my, ludzie po 30-tce, występujemy w niej jako przedstawiciele gatunku starych pryków.

„The Word for Woman is Wilderness” figuruje w kategorii powiastki filozoficznej, ale nie ma się co jej obawiać – mamy młodą bohaterkę, która nie używa szczególnie skomplikowanego języka, są nowe technologie, wszystko jest bardzo „współczesne”. Jedyną trudność mogą sprawić nazwy własne, ale te można łatwo sprawdzić w słowniku.

No i fragment książki jeszcze na zachętę:

Wildness in women does not mean autonomy and freedom; their wildness is instead an irrational fever. Simultaneously, in survivalist terms we are the weaker sex and cannot prosper individually outside of the social sphere or without the protection of a manly man. Women both are excluded from, and banished to, nature.

Even on those documentary channels that do programmes on whole families homesteading in the wilderness the woman is always Mountain Man’s wife, never, ever Mountain Woman, just an annexe of the Mountain Man along with his beard, pipe and gun. In Coming into the Country: Travels in Alaska, the writer John McPhee describes lots of Mountain Men in careful detail and a few mountain women in passing comments. One of the Mountain Men tells John McPhee that he wanted to be utterly and totally alone, cut off deep in the country, with only three daughters and one wife, or his ‘womenfolks’, as he liked to call them.

  1. Julia Sonneborn, By the bookby the book 2

Spójrzcie tylko na tę okładkę – tej książki nie da się nie polubić! Jeśli chcecie się zrelaksować, pośmiać, a na dodatek jesteście fanami/fankami Jane Austen, „By the book” jest właśnie dla Was. Julia Sonneborn napisała bowiem swoją własną wersję „Perswazji” Austen, tyle że rozgrywającą się współcześnie.

Autorka jest wykładowczynią na jednym z uniwersytetów w Kalifornii i właśnie na uczelnianym kampusie postanowiła rozegrać akcję swojej książki. Główna bohaterka to ucząca angielskiego Anne Corey, będąca dosłownie o krok od napisania własnej książki. Niestety, okazuje się, że z tym nie będzie tak łatwo, bo czeka ją opieka nad starzejącym się ojcem, nowa miłość na horyzoncie i… stara miłość też na horyzoncie 😉 Oto bowiem Adam, jej były narzeczony, powrócił, „as smart and sexy as ever!”.

Co z tego wyniknie? Przekonajcie się sami i same! To pełna ciepła i humoru powieść (brzmi szablonowo, ale w tym przypadku ten opis naprawdę odpowiada treści utworu), idealna do jesiennego poczytania pod kocykiem, z kubkiem herbaty na podorędziu.

No i fragmencik dla Was:

By the book

  1. Elinor Lipman, On Turpentine Laneon turpentine lane

„On Terpentine Lane” to książka, którą po polsku przeczytałoby się w jeden dzień, a po angielsku zajmuje to trochę więcej czasu. 32-letnia bohaterka powieści, Faith Frankel powraca do swojej rodzinnej miejscowości, by pracować… jako osoba, która wysyła różnym osobom i instytucjom oficjalne pisma z podziękowaniami w imieniu Everton Country Day School.

Faith ma chłopaka, wędrującego po Stanach dzięki zbiórce crowdfoundingowej. Mężczyzna wędruje, by odnaleźć siebie i przytulać innych w ramach „free hugs”, w związku z czym nie ma czasu odpowiadać na SMS-y od swojej dziewczyny, ale umieszczać na Facebook zdjęcia ze sobą w objęciach innych kobiet – już tak.

Na dodatek są jeszcze rodzice Faith, z którymi kłopotów też co niemiara (ojciec myśli, że jest Chagallem), rzucający niesłuszne oskarżenia szef i cała masa zamieszania z nowym domem. Przede wszystkim ze współlokatorem, ale i tajemniczym znaleziskiem, którym trzeba się zająć.

Książka to w dużej części szybkie, zabawne dialogi. Fragment (bez dialogu) na próbę:

on the road

  1. Pat Baker, The Silence of the Girls

the silence of the girls

Słyszeliście kiedyś o Bryzejdzie? Ja muszę przyznać, że nie. Bryzejda była córką Bryzesa i branką Achillesa, jak ładnie ją opisuje Wikipedia i jaką stworzył ją Homer. Wszystko w odniesieniu do mężczyzn…

Ale to się zmieniło, bo Pat Baker, angielska pisarka odznaczona Orderem Imperium Brytyjskiego, a w 1995 roku wyróżniona Bookerem za „The Ghost Road”, postanowiła opowiedzieć „Iliadę” na nowo – właśnie z perspektywy Bryzejdy – i ukazała wojnę oczami kobiet.

Kiedy mężczyźni walczyli, te musiały mierzyć się z powodowanymi przez nich gwałtami, obróconymi w gruzy osadami, a także ze śmiercią mężów, braci, synów. Jak i w „Iliadzie”, tak w „The Silence of the Girls” okrucieństw nie brakuje, ale ukazywane są te doświadczane przez bohaterki, nie bohaterów.

Trudności w czytaniu tej opowieści mogą sprawić, podobnie jak w przypadku „The Word for Woman is Wilderness”, nazwy własne – imiona bohaterów i nazwy miejsc, ale znów można to łatwo sprawdzić w słowniku. Choć temat wydaje się przytłaczający, lektura książki po angielsku wcale taką straszną nie jest.

Na dowód ten oto fragment:

We women – children too, of course – had been told to go to the citadel, taking a change of clothes and as much food and drink as we could carry. Like all respectable married women, I rarely left my house – though admittedly in my case the house was a palace – so to be walking down the street in broad daylight felt like a holiday. Almost.

Under the laughter and cheering and shouted jokes, I think we were all afraid. I know I was. We all knew the men were being pushed back – the fighting that had once been on the beach and around the harbour was now directly under the gates. We could hear shouts, cries, the clash of swords on shields – and we knew what awaited us if the city fell. And yet the danger didn’t feel real – not to me at any rate, and I doubt if the others were any closer to grasping it. How was it possible for these high walls that had protected us all our lives to fall?

Gdzie można kupić te książki?

Zakup książki w oryginalnej wersji językowej okazuje się zazwyczaj droższy niż w przekładzie, zwłaszcza jeśli tego przekładu jeszcze nie ma. Sposobów na kupno każdej z wymienionych przeze mnie pozycji jest kilka:

  • The twelve lives of Samuel Hawley – książka dostępna w polskiej księgarni enbook.pl za 48 zł już z przesyłką, na Amazonie można kupić e-booka za 25 zł albo używaną książkę za 30 zł plus przesyłka. Najtańsza przesyłka na Amazonie kosztuje 30 zł.
  • The Word for Woman is Wilderness – książka to nowość, więc jest nieco droższa – dostępna w enbook.pl za 60 zł z przesyłką lub za 50 zł jako ebook na Amazonie.
  • By the book – dostępna na Amazonie w wersji używanej już za 10 zł plus przesyłka, nowa książka to koszt 34 zł plus przesyłka. Ebook stosunkowo drogi – 40 zł.
  • On Turpentine Lane – używana książka kosztuje na Amazonie 9 zł plus przesyłka, nowa, tak samo jak „By the Book”, około 34 zł. E-book – około 37 zł.
  • The Silence of the Girls – książka została wydana 30 sierpnia 2018, więc jak na taką świeżynkę przystało, do najtańszych nie należy. Na Amazonie można kupić używane egzemplarze za 40 zł plus przesyłka, w sklepie bookcity.pl za 72 zł już z przesyłką. E-book z Amazona kosztowałby około 80 zł.
  • Książki bywają też dostępne na Allegro i w księgarniach stacjonarnych z literaturą obcojęzyczną.

Życzę udanej lektury!

„Moją siłę czerpię od kobiet” – sylwetka dr. Denisa Mukwege, laureata Pokojowej Nagrody Nobla 2018

Denis Mukwege to, razem z Nadią Murad, laureat tegorocznej Pokojowej Nagrody Nobla. Oboje uhonorowano za zaangażowanie w pomoc kobietom, które doświadczyły przemocy na tle seksualnym i próby tej przemocy przeciwdziałania. „W czasach, w których mizoginia prezydenta Stanów Zjednoczonych przeżywa pełen rozkwit, mój przyjaciel stanowi wzór do naśladowania dla innych mężczyzn. Z pewnością na tego Nobla zasługuje” – powiedziała o dr. Mukwege Eve Ensler, autorka słynnych „Monologów waginy”. Poznajcie historię Denisa Mukwege, który, choć na co dzień mierzy się z okrutnymi skutkami wojny, dotykającymi kobiety, nie przestaje być lekarzem i działaczem pełnym zaangażowania i wiary w sens niesienia pomocy innym.

Cieszę się, że jestem doceniany, ale nie potrzebuję już żadnych nagród, bo to, co robię, nie jest nimi motywowane. Niestety żadna nagroda nie sprawi, że problem, którym się zajmuję, przestanie istnieć

– powiedział dr Denis Mukwege w 2014 roku, kiedy Parlament Europejski przyznał mu Nagrodę Sacharowa.

Rzeczywiście, kongijskiego lekarza wyróżniano wielokrotnie, m. in. alternatywnym Noblem, Nagrodą im. Olofa Palmego, Champion for Peace, UN Human Rights Prize. Jednak decyzja Akademii Szwedzkiej nie pozostawiła go obojętnym – gdy zadzwonił do Eve Ensler już po jej ogłoszeniu, ta w tle słyszała uradowane głosy kobiet, a sam Mukwege powiedział, że dzieli Nobla właśnie z kobietami – tymi, które doświadczyły przemocy i aktywistkami od dekad z nią walczącymi.

doktor świętuje

Dr Mukwege ze swoimi współpracowniczkami i współpracownikami chwilę po usłyszeniu, że został laureatem tegorocznego pokojowego Nobla (gdy ogłaszano laureatów właśnie przeprowadzał operację). Źródło zdjęcia: The Guardian

Syn pastora

Sam Mukwege również od dziesięcioleci pomaga kobietom. A wszystko zaczęło się od jego ojca – pastora w kościele Zielonoświątkowym, który często odwiedzał chorych członków lokalnej społeczności, a syn (trzecie z dziewięciorga dzieci) czasem mu towarzyszył.

W 1983 roku dziecięce marzenie spełniło się – Mukwege ukończył medycynę na University of Burundi i rozpoczął pracę jako pediatra, jednak wkrótce postanowił też zrobić specjalizację z ginekologii i położnictwa. Dzięki finansowemu wsparciu kościoła Zielonoświątkowego w Szwecji ukończył wybraną specjalizację we Francji, a po wielu latach praktyki doktoryzował się w 2015 roku w Belgii.

Tak naprawdę moje życie zmieniło jedno wydarzenie. Na oddziale położniczym naszego szpitala zmarły w jednym czasie dwie kobiety, którym nie udzielono właściwej pomocy. Trafiły do nas za późno, z krwotokami, których nie można było powstrzymać. Ten widok mnie zszokował, ale na tamtym oddziale tak się działo częściej – kobiety próbowały rodzić w domu, ale pojawiały się komplikacje i albo trafiały do szpitala martwe, albo już niewiele można było dla nich zrobić. Pomyślałem: „Te biedne kobiety umierają, sprowadzając innego człowieka na świat. Tak nie może być, to jakaś aberracja. Trzeba im pomóc.

O działalności dr. Mukwege nakręcono w 2015 roku film pod tytułem „Mężczyzna, który naprawia kobiety. Gniew Hipokratesa”. W Polsce można go było zobaczyć na kilku festiwalach filmów dokumentalnych, niestety nie jest dostępny w internecie (ale można kupić DVD). Zobaczmy chociaż trailer!

Gwałt jest najskuteczniejszą bronią na wojnie”

Pierwszą pacjentką dr. Mukwege nie była jednak, jak się spodziewał, przyszła mama, ale ofiara gwałtu. Z czasem okazało się, że takich pacjentek jest więcej i kongijski ginekolog, zamiast zajmować się wyłącznie prowadzeniem ciąży i czuwaniem nad przebiegiem porodu, wyspecjalizował się w leczeniu ofiar gwałtów.

Dlaczego w Kongo dochodzi do przemocy seksualnej? Wschodnia część kraju jest bogata w wiele zasobów mineralnych, które zamiast służyć jego mieszkańcom, stanowią pole walki o władzę i pieniądze. Oprócz złota i wolframu jest m.in. koltan – niezbędny w naszych komórkach i laptopach. To on sprawia, że te sprzęty utrzymują się przez jakiś czas naładowane. Koltan nazywany jest przekleństwem Kongo, pisze się, że przez niego „kraj spływa krwią”. Nie dość więc, że wschodnie tereny tego państwa pozostają od lat w nieustającej wojnie domowej, a partyzanci z Tutsi i Hutu walczą o dominację, to doszła jeszcze do tego wszystkiego rywalizacja o ziemie bogate w kobalt.

Ofiarą tych walk jest ludność zamieszkująca ziemie pełne pożądanych bogactw. Ludność, której trzeba się pozbyć, by nad ziemią zapanować, a najlepszą ku temu bronią jest gwałt. Dlaczego? Jak wyjaśnia Mukwege:

Gwałt jest bardziej „efektywny” niż inne rodzaje broni używane na wojnie. Niszczy nie tylko ofiarę, ale i całą społeczność. Kobiety są gwałcone na oczach bliskich, sąsiadów – to pozostaje w nich i ich dzieciach. Widziałem też wielu mężów wyniszczonych psychicznie, którzy nie mogli sobie z tym poradzić. Rodzina, w której doszło do gwałtu, nie chce dłużej przebywać w jego miejscu, wśród jego świadków. Opuszcza więc swój dom, a wioski są przejmowane przez rebeliantów.

Na tym filmie noblista wyjaśnia dlaczego robi to, co robi i co sądzi o zrzuceniu winy za gwałty na ich ofiary.

Dr Mukwege nazywany jest największym na świecie specjalistą w leczeniu ran po gwałtach. Pytany o rodzaje okaleczeń, których doświadczają kobiety, nigdy nie wdaje się w szczegóły, nie chce, epatując nimi, zaspokajać niczyjej ciekawości.

O ich skali może świadczyć przypadek zgwałconej dziewczynki, która trafiła do mnie w takim stanie, że z jej waginy została miazga. A to było dwuletnie, niewinne dziecko.

Kobietom strzela się między nogi, podpala ich narządy. Dr Mukwege w Panzi Hospital, którego jest fundatorem (szpital powstał w 1999 roku w rodzinnym mieście lekarza – Bukawu) przeprowadził ponad 40 000 operacji wśród pacjentek po doświadczeniu gwałtu. Ginekolog specjalizuje się w leczeniu tzw. traumatycznej przetoki. Przetoka jest patologicznym połączeniem dwóch narządów, np. przetoka pochwowo-odbytnicza, czyli połączenie odbytnicy z pochwą – ma postać kanału. Jej wytworzenie powoduje, że stolec czy gazy mogą się przedostawać z jelita do pochwy. Objawy przetoki pęcherzowo-pochwowej natomiast bywają mylone z nietrzymaniem moczu.

Najczęściej przetoki (choć same w sobie występują rzadko) rozwijają się po trudnych porodach, w Kongo są powszechne – u kobiet dochodzi do pęknięcia ściany pochwy, odbytu i pęcherza, co zwiększa podatność na infekcje i choroby. Przetoka traumatyczna powstaje na skutek, jak wskazuje jej nazwa, traumatycznego doświadczenia – przemocy seksualnej.

Pytany o to, co daje mu motywację do pracy, dr Mukwege odpowiada, że on w każdej zgwałconej kobiecie widzi swoją żonę, w każdej zgwałconej matce – swoją matkę i w każdym zgwałconym dziecku – swoje córki.

denis i kobiety

Dr Mukwege i jego pacjentki – źródło zdjęcia: strona nobelprize.org

Śmiertelnie niebezpieczne czynienie dobra

Kongijski lekarz za swoje poświecenie wobec pacjentek – pracuje około 18 godzin na dobę – doczekał się nie tylko uznania i nagród, ale i wrogów. W 2012 roku czterech uzbrojonych mężczyzn wtargnęło do jego domu, chcąc go zamordować. Nie było go jednak na miejscu, więc wzięto jego dwie córki jako zakładniczki.

Kiedy dr Mukwege przyjechał na miejsce, mordercy zaczęli strzelać – zabili jego ochroniarza, który szedł przed nim, lekarz również upadł na ziemię, by uchronić się przed pociskami. Jak wspomina, te latały wszędzie dookoła niego, rozlało się mnóstwo krwi. Jednak cudem przeżył – dzięki temu, że położył się na ziemi, a wokół była krew, napastnicy pomyśleli, widząc dwa ciała, że i on nie żyje. Tymczasem nic mu się nie stało, podobnie jak jego córkom.

Po tym wydarzeniu dr Mukwege stwierdził, że kontynuowanie dotychczasowej działalności jest dla niego i jego rodziny zbyt niebezpieczne – czyni dobro, a w zamian ktoś próbuje pozbawić go życia. Przeprowadził się więc wraz z rodziną do Belgii.

Ale kongijskie kobiety nie pozwoliły o sobie zapomnieć. Pisały listy do prezydenta Kongo, do sekretarza generalnego ONZ z prośbą o to, by „Doktor Cudotwórca” do nich wrócił. Zorganizowały nawet manifestację w tej sprawie. I to nic nie dało, więc zaczęły sprzedawać swoje uprawy – cebulę i ananasy – by uzbierać na bilet powrotny dla dr. Mukwege.

No i ten już nie miał wyjścia – musiał wrócić – nie tylko zrozumiał, jak ważny jest dla tych kobiet, ale i nie chciał, by przez niego straciły owoce swojej pracy. Po wylądowaniu na lotnisku powitał go cały orszak kobiet, który ciągnął się niemal 40 km – aż do samego miasta.

A na tym ciekawym filmiku można zobaczyć, jak kobiety witały „Doktora Cudotwórcę” po jego 3-miesięcznej nieobecności.

Dzisiaj dr Mukwege walczy o pacjentki jak dawniej, ale, jak sam mówi, żyje jak w więzieniu – gdy jest w Kongo, nie opuszcza szpitala. Dla własnego bezpieczeństwa zamieszkał tam, a o to, by nie doszło do sytuacji sprzed lat dbają ochroniarze przydzieleni mu przez ONZ.

Czerpię siłę od kobiet, czyli Miasto Radości

Powróćmy do wspomnianej na początku artykułu Eve Ensler – jakim cudem skrzyżowały się losy amerykańskiej pisarki i kongijskiego ginekologa? W 2006 roku Ensler miała przeprowadzić z nim wywiad dla jednej z gazet, a jako że dr Mukwege robi, co może, by pomóc kobietom, po wywiadzie poprosił ją o wsparcie. Autorka jest inicjatorką ruchu V-Day, międzynarodowego ruchu walczącego z przemocą wobec kobiet, a lekarzowi zależało na tym, by zwrócić oczy całego świata na problem kongijskich kobiet – dzięki Ensler stało się to łatwiejsze.

Współpraca została nawiązana na pełną rozmachu skalę – do tej dwójki dołączyła Christine Schuler Deschryver z V-Day i razem otworzyli City of Joy – Miasto Radości. Miejsce, w którym przez pół roku przebywają kobiety doświadczone przemocą seksualną. Powiedzieć, że dochodzą tam do zdrowia to za mało.

Dokument o „Mieście Radości” nakręcił Netflix – można go obejrzeć na tej platformie w wersji polskiej.

Tworzą społeczność – w Mieście Radości pracują nie tylko społecznicy i lekarze, ale i Mamy – kobiety z Bukavu, które własnymi rękami zbudowały to miejsce, które gotują dla mieszkanek i otaczają opieką je i ich dzieci, by przez ten czas mogły się skupić przede wszystkim na sobie. Kobiety biorą udział w terapii – indywidualnej bądź grupowej – uczą się angielskiego, rolnictwa, mają zajęcia z samoobrony. Po powrocie do swoich społeczności nierzadko zostają ich liderkami, otwierają swoje biznesy.

Kiedy przytulasz tę kobietę i mówisz jej, że jest piękna, że ją kochasz, że będziesz o nią walczyć, ona w końcu reaguje: „O mój boże! Ja istnieję, jestem żywym człowiekiem!”. Widzisz tę radość na ich twarzach i chce ci się codziennie wstawać

– mówi Schuler Deschryver.

Doktor Mukwege twierdzi, że swoją siłę czerpie z siły kobiet, którym pomaga – które przetrwały tak wiele i potrafią po traumatycznych przeżyciach zbudować coś nowego, odzyskać radość.

W mojej pracy jest niewiele powodów do radości, ale cieszę się nawet z tych pozornie małych rzeczy. Na przykład gdy jedna z pacjentek, dorosła kobieta, woła mnie do siebie na salę i pełna radości oznajmia, że już nie robi siku pod siebie, że po operacji potrafi to powstrzymać. Widzę kobietę, która narodziła się do nowego życia.

Zdjęcie główne pochodzi z filmu „The Man Who Mends Women – The Wrath of Hipocrates”

Królowa YouTube

Jej kanał na YouTube subskrybuje 18,5 miliona użytkowników, co zapewnia trzynaste miejsce wśród wszystkich youtuberów i drugie wśród kobiet. Rządziła ładnych kilka lat, ale według najnowszych danych we wrześniu 2018 wyprzedziła ją młoda Meksykanka o pseudonimie Yuya. Teoretycznie więc Jenna powinna być wicekrólową, jednak nie chcąc odbierać jej przynależnego od lat zaszczytnego wśród youtube’owej gawiedzi miana, tytuł artykułu zostawię taki, jak powyżej :). Do tej pory filmy youtuberki obejrzano ponad… 2,5 miliarda razy, a pierwszy umieszczony w sieci doczekał się miliona wyświetleń w ciągu jednego weekendu. Poznajcie Jennę Marbles!

Zanim dowiesz się, kim naprawdę jesteś, dojdziesz do takiego punktu, w którym poczujesz się opuszczona, samotna, dziwna.

Jenna Marbles przyszła na świat jako Jenna Mourey w Rochester, w stanie Nowy Jork, 15 września 1986 roku. Jak wyjaśniała w programie Joan Rivers: „Przyjęłam pseudonim z powodu mamy. Kiedy zaczęłam umieszczać swoje pomysły w sieci, ona akurat szukała pracy. Narzekała, że przeze mnie nie może jej znaleźć, bo gdy tylko potencjalny pracodawca wpisuje w Google jej nazwisko, jego oczom ukazuje się moja radosna twórczość”.

Kilkuletnia Jenna to prawdziwy człowiek-orkiestra. Uprawia gimnastykę, tańczy, gra na klarnecie, fortepianie. Jest też świetnym baseballistą, który trenuje pod okiem własnego taty. Ale pewnego dnia tata stwierdza, że za bardzo rozprasza chłopaków i powinna raczej zacząć uprawiać softball, uważany jest kobiecą odmianę baseballu (choć niesłusznie, bo grają w niego też mężczyźni). Jenna zaczyna więc grać i staje się świetną zawodniczką. „Dzięki softballowi poznałam mnóstwo osób. Stałam się częścią drużyny, nigdy nie byłam sama. Grając, jak w żadnej innej sytuacji, czułam się świetnie we własnej skórze. Przydał się zwłaszcza, gdy w wieku 17 lat sama przeniosłam się do Bostonu”.

young jenna

Młoda Jenna – chyba nic nie zapowiadało, że z tej grzecznej na pierwszy rzut oka dziewczynki wyrośnie taka wygadana kobieta.

Boston to przede wszystkim nauka. Najpierw licencjat z psychologii na Suffolk Univeristy, później Boston Univeristy i studia magisterskie z psychologii sportu. W wolnym czasie Jenna tworzy swoje pierwsze filmy, umieszcza je na komputerze, próbuje zająć się ich obróbką, bloguje. Jeszcze wtedy myśli, że pewnie nikogo oprócz niej one nie śmieszą i nie widzi w tym zajęciu szansy na swoją przyszłość. Zresztą, przyszłość w ogóle nie rysuje się w jasnych barwach. Po studiach Jenna nie ma stałej pracy, zajmuje się różnymi zajęciami: jest barmanką, pracownicą solarium. W międzyczasie marzy o czymś innym.

22258_312086144927_8184432_n

Wizerunkowe początki Jenny były, hmm… trudne. Zdjęcie (jak i wszystkie poniżej) z jej Facebooka

Wkrótce pojawia się na to szansa. Początkującą blogerkę odkrywa David Portnoy, założyciel Barstool Sports. Czym jest Barstool Sports? Blogiem lifestyle’owym dla mężczyzn, biblią bro-culture. Baseball, rozrywka, kobiety – te tematy dominują na stronie, której motto brzmi: „od przeciętnego mężczyzny, dla przeciętnego mężczyzny”. Portnoy nie raz musiał się zmagać z zarzutami o kontrowersyjność, szorstkość a nawet mizoginistyczność publikowanych przez niego treści. I ten właśnie mężczyzna daje Jennie władzę nad nieistniejącym już StoolLaLaLa.com – stroną skierowaną wyłącznie do kobiet. Ich współpraca trwa pół roku, według samej zainteresowanej skończyła się, bo uznała ona, że nie jest tym, czym chciałaby się w życiu zajmować.

Jeden z pierwszych filmów Jenny Marbles – o tym, jak oszukać innych, że tak naprawdę jesteś ładna/-y.

Po półrocznej przerwie Jenna wraca do tworzenia filmów, po roku udaje jej się zebrać odpowiednią ilość pieniędzy, by przeprowadzić się do Los Angeles. Dlaczego właśnie tam? Miasto Aniołów to siedziba najbardziej znanych i najchętniej oglądanych youtuberów. Mieszkają tam: Smosh, CTFXC, Mystery Guitarman, iJustine, Niganiga, Wheezy Waiter. Marbles poznaje ich wszystkich i cały czas pracuje. Tradycją staje się cotygodniowe dodawanie przez nią nowego video – w każdą środę (no, zdarzają się opóźnienia i wtedy jest to czwartek) zaskakuje swoich subskrybentów nową odsłoną „Seksualnej środy”, jak nazwała cykl swoich filmów. Liczba fanów ciągle rośnie, a wraz z nimi pojawia się zainteresowanie mediów. Także tych tradycyjnych: o Jennie, oprócz jej „rodzimego” Internetu, staje się głośno w prasie i telewizji.

Jedyne, co powinnam robić, to być sobą, dobrze się bawić we własnym domu, nagrywać to i umieszczać w Internecie.

Upomina się o nią „New York Times”. 12 kwietnia 2013 ukazuje się artykuł „Jenna Marbles. Kobieta z miliardem kliknięć”. W raczej przychylnym tonie przedstawiona jest droga dziewczyny – od kelnerowania do tytułowego miliarda odsłon. Droga z dzielonego z innymi osobami 3-pokojowego mieszkania z czynszem wynoszącym 800 dolarów do własnej, wartej ponad milion dolarów willi w Santa Monica. Jenna, poza pojedynczymi przypadkami, nagrywa swoje filmy zupełnie sama. We własnej sypialni (najczęściej), jadalni lub łazience, ustawiając kamerę tam, gdzie jest najwygodniej, może to być stos rzeczy przygotowanych do prania. Do niedawna sama też zajmowała się swoimi sprawami finansowymi, PR-owymi, teraz przedsięwzięcie urosło do takich rozmiarów, że trzeba było zatrudnić kilka osób, m. in. własną mamę.

10404316_10153474500064928_2128412221407470555_n

Youtuberzy zaczynają w Internecie, ale popularność tych najchętniej oglądanych wykracza zdecydowanie poza to medium – występują w TV, radiu, prowadzą własne programy.

W 99.9 procent przypadków jest super miła dla każdego, kto do mnie podejdzie. Ale jak tylko twój penis zaczyna dotykać mojego tyłka bez mojej wiedzy, przestaję być zadowolona.

Zazwyczaj nie znaczy zawsze. Jenna stała się w 2011 roku ikoną ruchu przeciwko dirty dancing. O co dokładnie chodzi? Aby się dowiedzieć, wystarczy obejrzeć przypadkowy teledysk w telewizji muzycznej: pani tańczy, wypinając pupę, a pan ociera się o nią genitaliami (stąd angielska nazwa grinding – rozcierać, miażdżyć). Marbles była jedną z pierwszych osób, które wypowiedziały się przeciwko takim praktykom. W filmie „Jak uniknąć gadania z ludźmi z którymi gadać ci się nie chce” (How to avoid talking to people you don’t want to talk to) podkreśla: „Mam dosyć facetów, którzy myślą, że jeśli pojawiam się w klubie, tańczę, to chce, by ocierali się genitaliami o mój tyłek”.

A oto i to wideo.

Na temat inicjatywy i udziale w niej Jenny powstały artykuły (m .in. w „New York Timesie”), reportaże, np. w „Good Morning America”. W telewizyjnym materiale nastolatki zwierzały się, jak dużym problemem są dla nich w klubach tacy „ocieracze”. To, że one się bawią, tańczą z koleżankami, jest przez nich interpretowane jako zachęta do przyłączenia i przekroczenia ich strefy prywatności. Marbles na YouTube stwierdza: „Jeśli powiesz mu oburzona, że jesteś tu z dziewczynami, że nie chcesz, by cię obmacywał, on tego nie zrozumie. Słyszał to już setki razy. Będzie próbował dalej. Nie dyskutuj z nim, bo to nie ma sensu”. Co należy więc zrobić? Jenna zobrazowała to bardzo widowiskowo: masz zrobić idiotyczną minę, trwać w niej bez ruchu przez dłuższą chwilę i czekać aż facet pomyśli, że jesteś wariatką/dziwna i sobie pójdzie. Sukces gwarantowany.

mina, jaką powinno się zrobić, by uniknąć niechcianych obmacywań przez mężczyzn (1)

A to rzeczona mina.

Nie musisz być lepsza.

„Dzisiejszy film nie będzie zabawny, będzie bardziej na serio. Jeśli oczekiwaliście, że i tym razem nie obejdzie się bez ‘hahaha’, zastanówcie się – co środę oglądacie video nagrane samodzielnie przez dziewczynę w jej sypialni. Może jednak wasze oczekiwania są zbyt wysokie?” – zaczyna Jenna „Dlaczego kobiety się nienawidzą” (Why girls hate each other). I kontynuuje. „Tego nas nauczono. Wiecie, chodzi o całą tę ideę rywalizacji. Już od dziecka, gdziekolwiek się pojawiałyście, miałyście być najlepsze: wzorowe uczennice, najbardziej popularne i najładniejsze dziewczynki. W liceum było jeszcze gorzej, w pracy to samo. Idealne, przynajmniej w telewizji i na zdjęciach, celebrytki sprawę tylko pogarszają. Chcemy doścignąć swoje wzorce, dlatego bez przerwy się porównujemy z innymi kobietami. No i kiedy w końcu widzisz taką jedną: idealne ciało, idealna uroda, idealny facet. Co robisz? Nienawidzisz jej. >>Co za małpa: jest zajebiście seksowna, ma przyjaciół i wszyscy ją lubią. A ja nienawidzę!”<<. Później pojawia się oczekiwanie na jej wielki upadek. A żeby ją coś złego spotkało, żeby można się poczuć lepiej.

Sprawdźcie, co Jenna mówi o konieczności kobiecej solidarności

Tymczasem sposób na lepsze samopoczucie brzmi zupełnie inaczej: przestań się porównywać z innymi kobietami. W momencie w którym uświadomisz sobie, że to nie ma sensu, kiedy po prostu dasz sobie spokój, bo zawsze będzie ktoś mądrzejszy, ładniejszy, całe ciśnienie wyparuje. Będziesz od tego wolna. Inne osoby porównują cię z jeszcze kimś innym? Ależ proszę bardzo, niech to robią, niech to będzie ich problem. Ty to miej gdzieś. Powiedz sobie: >>Hej, na całej ziemi jestem tylko jedna ja. I to właśnie jest najlepsze, co mogę dać światu.<< I wiesz, co się wtedy stanie, kiedy ty sama zaczniesz w to wierzyć? Ludzie pomyślą: kurcze, ta dziewczyna nie czuje się zagrożona, jest naprawdę jakaś inna, nie mam pojęcia, co jest grane, ale lubię to! Chcę być jej znajomym. Każda z nas tak może. Spróbujmy! I zamiast ze sobą rywalizować po prostu zachowujmy się normalnie, po prostu się kumplujmy. Zróbmy to dla siebie, dajmy sobie nawzajem pełną akceptację. Nie jest to łatwe zadanie, ale warto”.

Nie mam zielonego pojęcia, co przyniesie przyszłość. I żadnych konkretnych planów.

Na razie Jenna rzeczywiście skupia się na innych sprawach. Od lipca 2014 roku jest prowadzącą “The YouTube 15” – cotygodniowej listy najchętniej oglądanych w tym serwisie klipów. Rozpędu nabiera też jej współpraca z innymi vblogerami (blogerami w wersji z video). Do czasu rozstania w filmach Jenny gościnnie występował jej były już chłopak – Max Weisz. Sam również postanowił spróbować swoich sił jako zabawiacz na YouTube, jednak jego kanał MaxNoSleeves subskrybuje znacznie mniej – 519 tysięcy – użytkowników. Obecny chłopak Jenny – Julien Solomita – też nie próżnuje. Razem z Marbles od sierpnia 2014 umieszczają na YouTube podcasty – około godzinne audycje na różne tematy. Jenna pojawia się też jako gość w video innych osób. Współpracowała między innymi ze Smoshem, Hannah Hart, Michaelem Gallagherem, Nice Piterem. Bierze udział w różnych inicjatywach: Shut up! Cartoons, Epic Rap Battles. Była jurorką w talent show Internet Icon, gwiazdą VidConów. Jej aktywność w sieci nie ogranicza się tylko do YouTube. Jest jeszcze własny blog, Instagram, Twitter, Facebook, Tumblr, Vine, Pinterest. Choć trzeba przyznać, że ostatnio jej aktywność na Facebooku ogranicza się do wstawiania linków do filmów na YouTubie, na Twitterze też jej od dawna nie było, podobnie z Instagramem.

Nie ukrywajmy, Youtube to w dużej mierze śmieszne filmiki o mało znaczących kwestiach. W roku 2018 popularne stały się różne wyzwania, np. to dotyczące nałożenia na siebie 100 warstw kosmetyku – Jenna spróbowała z podkładem i samoopalaczem. Zobaczcie, co z tego wyszło 0_0

Efekty? W samym 2014 roku nagrody od ludzi z branży – Streamy Award – i od fanów – Young Hollywood Award. Pojawiała się również, wraz z Shanem Dawsonem, również komikiem na YouTube, na okładce popularnego w Stanach tygodnika „Variety”, wygłasza prelekcje na Web Summit – corocznej konferencji poświęconej nowym technologiom, doczekała się nawet własnej podobizny w Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud w Nowym Jorku (Jennę i jej kopię możecie zobaczyć na zdjęciu głównym, ilustrującym ten wpis). Jej recepta na sukces? „Nigdy przenigdy się nie poddawaj. Jesteś na tym świecie nie bez powodu. Nawet jeśli stanowi go oglądanie kotów w Internecie. Dasz radę!”.

Tajemnicza pani Christie

15 września 2018 roku minęła 128. rocznica urodzin Agathy Christie. Według angielskiej Wikipedii autorka, razem ze swoim krajanem Szekspirem, dzieli palmę pierwszeństwa wśród najpoczytniejszych pisarzy świata – ich książki znajdziemy w domach co najmniej 2 miliardów ludzi! Niemal wszyscy czytelnicy znają stworzone przez Christie postaci: ekscentrycznego i skutecznego jajogłowego detektywa z Belgii – Herkulesa Poirot i dociekliwą w rozwiązywaniu zbrodniczych tajemnic pannę Marple. O samej autorce wiemy jednak znacznie mniej – poznajcie więc kilka ciekawostek z jej prywatnego życia, o którym bardzo niechętnie mówiła. 

1.

Agatha była ukochaną córką swoich dobrze sytuowanych rodziców: pochodzącego ze Stanów Frederica Millera i Angielki – Clarrisy Miller. Rodzice otaczali ją uwagą, miłością, ich małżeństwo było bardzo udane. Christie marzyła o mężu, który będzie przypominał jej ojca, o stworzeniu podobnego związku jak ten jej rodziców, jednak nie udało się.

Autorka kryminałów stanęła na ślubnym kobiercu z Archibaldem Christie – lotnikiem, bohaterem pierwszej wojny światowej. Była w nim bardzo zakochana, on w niej – zdecydowanie mniej. Pokochał za to ich wspólną znajomą Nancy Neele i zażądał rozwodu, na co Agatha zdecydowanie nie chciała się zgodzić.

agatha ślub

Agatha i Archie w dniu ślubu – niestety, nie udało mi się znaleźć źródła zdjęcia.

2.

3 grudnia 1926 roku, krótko po tym, jak zmarła jej matka i jak mąż poinformował ją o tym, że chce rozwodu, Agatha Christie zaginęła. Już wtedy była dość znaną w londyńskim światku pisarką, o jej zniknięciu rozpisywały się gazety, ochotnicy przeczesywali okolice jej domu i miejsca, w którym znaleziono pozostawiony przez nią samochód. Na nic się to zdało.

W końcu członkowie orkiestry grającej w Swan Hydropathic Hotel w Harrogate zauważyli kobietę, która bardzo przypominała panią Christie. Owa dama świetnie się bawiła, lubiła tańczyć, zarejestrowała się w hotelu jako Teresa Neele (zbieżność z nazwiskiem kochanki męża przypadkowa?). Muzycy zgłosili swoje spostrzeżenie początkowo nieufnej policji i w końcu okazało się, że mieli rację. Christie przez 11 dni ukrywała się w hotelu stylizowanym na czasy jej dzieciństwa, przypominającym rodzinny dom.

Pisarka nigdy nie wyjaśniła powodów swojego zniknięcia, twierdziła, że dopadły ją zaniki pamięci, a znajomy lekarz podpisał odpowiednie dokumenty. Jared Cade, autor bardzo wnikliwej i wciągającej biografii Christie wysuwa tezę, że sfingowane zniknięcie Agathy miało na powrót zwrócić ku niej zainteresowanie męża, uchronić ją przed kolejną po śmierci matki tragedią – rozwodem. Christie była bowiem tradycjonalistką, na dodatek prawdziwie kochającą swojego męża i rozstawać się zdecydowanie nie chciała. Stało się jednak inaczej – Archie porzucił ją dla Nancy Neele, z którą potem się ożenił i której mężem był aż do śmierci.

christie_disguise

Gdy Agatha Christie zaginęła, w gazetach zaczęły się pojawiać jej portrety ukazujące, w jaki sposób mogłaby zmienić swój wygląd. Źródło: History Today

3.

Drugim mężem Agathy Crhistie był Max Mallowan, archeolog zajmujący się Bliskim Wschodem. To właśnie wspólnym podróżom małżonków zawdzięczamy książki Agathy, których akcja dzieje się w Syrii czy Egipcie, Izraelu (m. in. „Morderstwo w Mezopotamii”, „Rendez-vous ze śmiercią”). Archie zostawił Agathę dla kobiety o 10 lat młodszej, Max był od Agathy o 14 lat młodszy. Żona była o niego bardzo zazdrosna, koniec końców okazało się, że słusznie.

Mallowan, bardzo przez nią wspierany (zarówno duchowo, jak i finansowo) w naukowej karierze, zdradzał Agathę ze swoją współpracownicą Barbarą Parker. Ożenił się z nią jednak dopiero po śmierci pisarki. Christie, zapewne w związku z tym, że jej mąż był właśnie archeologiem, przypisuje się autorstwo powiedzenia: „Najlepszym mężem jest archeolog – im starsza żona, tym bardziej się nią interesuje”. Jak zaznacza jej biograf, słynną autorkę kryminałów twierdzenie, że to jej słowa wręcz ją rozwścieczało i zdecydowanie zaprzeczała, jakoby je kiedykolwiek wypowiedziała.

Agatha

Wstaw podpisThe Hindu

4.

Agatha Christie miała jedno dziecko – córkę Rosalind, która czuła się bardziej związana z ojcem niż z matką. Jak podaje Jared Cade, często bywała wobec niej złośliwa – kiedy Rosalid udało się przewidzieć, który z bohaterów pisanej właśnie przez matkę książki okaże się mordercą, nazwała cały utwór głupim i przewidywalnym. Przez całe życie ochoczo jednak korzystała z pieniędzy matki, bywało, że Agatha Christie utrzymywała całą rodzinę córki.

Po śmierci pisarki Rosalind żelazną ręką sprawowała pieczę nad spuścizną twórczyni, nie pozwalała pisać jej biografii, tak jak zresztą sama Christie chciała. Autorka nie znosiła wywiadów, nie udzielała się publicznie, bardzo jednak ucieszyło ją przyznanie Orderu Imperium Brytyjskiego – na uroczystość z udziałem Elżbiety II wybrała się chętnie – była zwolenniczką monarchii.

Po śmierci Rosalind, która żyła dokładnie tyle lat, co matka – 85 – cały majątek pisarki przeszedł na jej syna, czyli wnuka Agathy Christie – Matthew Pricharda.

image

Agatha Christie ze swoim wnukiem. Źródło: The Irish Times

4.

Agatha Christie miała jednak kogoś, na kim, poza rodzicami w dzieciństwie, mogła polegać. Jej siostra wyszła za mąż za Jamesa Wattsa, a James miał z kolei siostrę – Nancy „Nan” Watts, z którą Agathę połączyła przyjaźń na całe życie. To jej zadedykowała kilka swoich książek, to nią opiekowała się podczas choroby i to ona była wspólniczką pisarki w jej zniknięciu w 1926 roku – wiedziała wszystko i nie zdradziła się ani słowem, nawet, gdy widziała, jak poważny obrót przybrały sprawy.

5.

12 stycznia 1976 roku Agatha Christie umiera, gdy jej mąż Max przewozi ją na wózku inwalidzkim do pokoju, by odpoczęła po lunchu. Max opiekował się żoną do jej śmierci, a sam w swoim testamencie poprosił, by każdego roku z jego spadku przeznaczano część kwoty na wzniesienie toastu na cześć jego i Agathy w Szkole Archeologii w Bagdadzie podczas uroczystego wykładu. Max spoczął obok swojej byłej żony dwa lata po jej śmierci – tego samego chciała i zmarła w 1993 roku jego druga żona, ale rodzina Christie nie wyraziła na to zgody.

T196055

Bardzo polecam tę biografię pisarki, napisaną przez Jareda Cade’a.

Wspomniany już kilkakrotnie Jared Cade przytacza powiedzenie o tym, że o uwielbieniu pisarza przez czytelników świadczy fakt, że wszyscy czekają tylko, by nagle odnalazła się jakimś cudem jeszcze choć jedna niepublikowana za jego życia książka. Tak na pewno jest w przypadku Agathy Christie – nie chciała, by pisano jej biografie, bo jej życie nie było zbyt szczęśliwe, ale uwielbieniem czytelników cieszy się do dzisiaj.

Zdjęcie główne pochodzi z The Guardian.